Teksty

Spis treści

Bezsenność

Szarość i codzienność wlewa się przez skórę

Czas przesypuje się przez zaciśnięte palce

Tak wiele zabrakło, by zbliżyć się do marzeń

Przez wizjer obserwujesz horyzont zdarzeń

Jest 4:13 nie możesz spać, 

Za oknem szczekają neony

W mieście gwiazd nie widać i nie wpadnie żadna z nich 

Przez pożółkłe od petów zasłony

 

Mimo że w źrenicach czai się strach,

A zegar niestały w uczuciach

Przez ścianę powiek wdziera się brzask 

To chyba warto! To chyba warto tak!?

Po przewlekłej nocy zawsze zjawia się świt 

I mrok ze swych szat znów obdarty

Tak było wczoraj, jutro może tak być 

To chyba warto, tak warto żyć!

 

W skroniach znów pulsują wyrzuty sumienia 

Głośniejsze niż nocny autobus

Na tej scenie dźwięku wydajesz się niemy

Nie schowasz się tak łatwo za kurtyną cienia

 

Okruchy wspomnień potrafią uwierać

Choć bardziej swędzą niż ranią 

Kolejny papieros tłumi echa gorszych dni

I łatwiej jest zasnąć z migreną

 

Sufit się zbliża i oddala złowieszczo

Gdy mrugniesz, to spadnie na głowę

Na ścianie ze świateł nieobce projekcje

Prowadzą z myślami rozmowę

 

Przyciskasz dłonie do zmęczonej twarzy,

By przez chwilę napawać się czernią

Próbujesz obliczyć minuty do dnia,

Lecz wynik nie jest wartością wymierną

 

Ciemność blaknie i ze strachu siwieje 

Ucieka przed świtu pochodem

Po omacku chwyta się zaułków kamienic 

Bezskutecznie walczy ze wschodem

 

Boisz się poruszyć, by nie spłoszyć tej chwili

Tak czekałeś, by wreszcie nadeszła

Pochopne decyzje zawstydzają ciszę

Wrzaskiem odsuwanego krzesła

 

Mimo że w źrenicach czai się strach,

A zegar niestały w uczuciach

Przez ścianę powiek wdziera się brzask

To chyba warto! To chyba warto tak!?

Po przewlekłej nocy zawsze zjawia się świt

I mrok ze swych szat znów obdarty

Tak było wczoraj, jutro może tak być

To chyba warto, tak warto żyć!

Grawitacja

Stoję twardo na ziemi 

I wyraźny rzucam cień

Nie boję się chodzić po zmroku, 

Mam ten błysk w oku

A kiedy mija czas 

Bycia rozważnym jak głaz,

To uwalniam myśli 

I pozwalam abstrakcjom się ziścić

 

Czuję, jak lekko zwalnia świat 

I daje się dogonić marzeniom,

Gdy unoszę się lekko tak 

Półtorej stopy nad ziemią 

 

Na butach kurz i pył

Z przedwczorajszych, 

Nie tak dawnych, mętnych chwil

Nazbyt lekki jednak, by 

Móc rozproszyć moje sny

Nauczyłem się beztrosko witać 

Z każdym dniem 

Mam otwarty umysł 

I otwarte dłonie 

Grawitacja dziś jest 

Po mojej stronie 

 

Czuję, jak lekko zwalnia świat

I daje się dogonić marzeniom,

Gdy unoszę się lekko tak

Półtorej stopy nad ziemią

 

 

Jeśli

Jeśli 

 

Tak łatwo wywracasz sens 

Pozornie przeciętnych słów 

Do dołu głowami znów

 

I jeśli 

 

Tak lekko przechadzasz się 

Pomiędzy wierszami 

A granicą odległych snów 

 

Jeśli 

 

Tak wcześnie zachwalasz dzień, 

Choć w pierwszych promieniach kawy 

Sam jeszcze nie do końca obudził się 

A i tak wiesz, że będzie dziś nieźle

 

I jeśli 

 

Wciąż mylisz kolejność dni, 

To po prostu tak masz 

I chyba mam tak samo jak Ty

 

Jeśli 

 

Pomimo tak wielu spraw

Potrafisz układać swój świat 

W bukiety jaskrawych barw

 

I jeśli 

 

Twoje spojrzenie wymowne 

Próbuje przesłonić mi

Potrójne premie słowne

 

Jeśli 

 

Po cichu podrzucasz mi 

Do kieszeni skrawki uśmiechów

Ze zwiniętych papierków i liści 

Z przewszystkich radosnych myśli

 

I jeśli 

 

Szaleństwo triumfuje

Nad rozważną rutyną dni,

To bardzo to wszystko 

Pasuje mi

 

Jeśli 

 

To ma jakiś sens 

I pomimo deszczu tańczyć chcesz nocami 

Możemy iść, możemy biec, 

Dopóki starczy ziemi pod stopami 

A jeszcze wczoraj

A jeszcze wczoraj 

 

Poranki pachniały kawą i spalonym słońcem 

A lato było dłuższe 

I dłuższe były dni i cieplejsze

 

A jeszcze wczoraj 

 

Ziemia była bardziej płaska i bardziej niebieska, bezkresna

I można było chodzić wolniej i nie wracać za wcześnie 

A jeszcze wczoraj 

I częściej mieliśmy ręce splecione na karkach 

I nogę na nogę założoną

I wyżsi byliśmy bez wątpienia

 

A jeszcze wczoraj 

 

To, co nam stało na przeszkodzie, nie miało znaczenia 

Bez cienia złudzenia

I dało się lepić z naszych marzeń 

I tworzyć nowe kształty, i mało było zmartwień

A jeszcze wczoraj 

I tak daleko chodzący nieśpiesznie i wcześnie 

Za wcześnie było na wszystko, a zwłaszcza na przyszłość

 

A jeszcze wczoraj 

 

Poranki pachniały kawą i spalonym słońcem 

A lato było dłuższe 

I dłuższe były dni i cieplejsze

I można było chodzić wolniej 

I nie wracać za wcześnie 

Na mojej planecie

Dzisiaj patrzę na świat 

Przez palce niebieskich myśli

Zakładam dłonie na kark, 

Czekając, co jeszcze może się przyśnić

 

Spontaniczny czas nie płynie,

Ale ciecze nieśpiesznie w dal

Kolejna kometa moją głowę ominie, 

Póki będzie trwał ten stan

 

Dzisiaj jestem znów pod niebo lżejszy 

I leniwie pulsuje krew

Na mojej planecie aktualnie nie wieje, 

A słoneczny podmuch unosi mi brew

 

Rozedrgany cień 

Tańcem słońca i drzew hipnotyzuje

Kolejny wiosenny dzień 

Wchłaniam przez skórę i wiem, 

Że nic nie może rozproszyć mnie 

 

Zapach nieba i traw 

Z każdym oddechem wiruje mi w głowie 

Nie potrzeba mi braw, 

Bo całkiem dobrze jest

I całkiem niezłe mam zdanie o sobie

 

Dzisiaj jestem znów pod niebo lżejszy 

I leniwie pulsuje krew

Na mojej planecie aktualnie nie wieje, 

A słoneczny podmuch unosi mi brew

Gdy szukam swoich dróg

I znów obudziłem się trochę za wcześnie, 

Bo ciągle jest jesień i zimne powietrze

Na szczęście

Jesteś ty 

I razem w tym mieście 

Przetrwany ten stan 

I zimno, i dreszcze 

Huragan i wiatr 

I kwaśne deszcze 

I jeszcze 

I jeszcze 

 

Gdy szukam swoich dróg, 

W chaosie pięknych marzeń znów 

I czuję chłód 

W zamglonym labiryncie snów

 

I znów obudziłem się o wiele za wcześnie,

Bo szary świat i jeszcze nie czas, 

By wstać

Jesteś ty 

I razem w tym mieście 

Zatraćmy się tak 

Bez reszty i wreszcie 

Oddychać chcę jeszcze 

Tym samym powietrzem

I jeszcze 

I jeszcze 

 

Gdy szukam swoich dróg, 

W chaosie pięknych marzeń znów 

I czuję chłód 

W zamglonym labiryncie snów

 

Czerwiec

W twoich oczach widzę blask 

Z twoich oczu zniknął strach 

Przed nieznanym

Przechodzimy na Ty, 

Gdy przechodzisz przez drzwi 

Czy to tylko zwykły rym?

 

Mówisz mi „patrz, tam możemy być my”

I nie mówisz już nic 

Pachnie latem świat 

I czerwcowy wiatr 

I te noce, gdy nie chciało nam się spać 

 

Niespokojne sumienia 

Niepokorne dłonie 

Patrzysz w moją twarz

Przysuwasz się bliżej, kiedy robi się chłodniej 

To ja ten sam, którego znasz

Niespokojne spojrzenia 

Niepokorne dłonie 

Patrzysz w moją twarz

Nie wracamy

dzisiaj za wcześnie do domu 

Póki z nami płynie czas 

 

A jutro wciąż możemy być sobą 

A jutro wciąż będziemy się śmiać

I bez zbędnych słów zachwycimy się sobą

Miłość prostsza jest, gdy poeci poszli już spać

 

A jutro znów włożysz swoją sukienkę

I mów do mnie jeszcze i chwyć mnie za rękę

Niech głos Twój przecina powietrze i jeszcze 

Znalazłem nam balkon na najwyższym piętrze

ODWAGA

Znów perseidów deszcz dziś ominął mnie

Znów pośród wybuchu braw paraliżuje mnie strach

 

 

Ja nie jestem stąd

Znowu płynę pod prąd 

Patrzę w niebo, gdy innym 

Wypala się lont

Tam, gdzie wszyscy stoją, 

Ja wolałbym biec 

I zrywam się stąd 

Przed gaszeniem świec 

 

Znów perseidów deszcz dziś ominął mnie

Znów pośród wybuchu braw paraliżuje mnie strach

 

Ja nie jestem z tych,

Którzy pragną być

I w iluzji tych świateł 

Tak jaskrawie lśnić

Pośród waszych cieni 

Strach budzi się w mig 

Gdybym zbudził się teraz, 

To nie byłoby wstyd

 

I oto ja 

Stoję przed każdym z was

Tam, gdzie od lat i wciąż 

Próbuje zdławić mnie strach

Paraliżuje nerwy i paraliżuje wzrok

 

Paraliżuje nerwy i paraliżuje krok

 

I setki znaków

Jak stada zdziczałych ptaków

Chcą porywać mnie 

Bym stracił sens 

Bym zrodził w sobie lęk

 

Lecz oto ja 

Stoję sam przed każdym z was

Tam, gdzie od wielu lat nie raz próbował 

Zdławić mnie mój strach 

NAPISY KOŃCOWE

Patrzę na swoje odbicie w lustrze i myślę,

Jak będzie wyglądał świat pojutrze

Czy jestem pełen nadziei, czy tylko się łudzę

Okaże się za jakiś czas, kiedy znów się obudzę

 

Wstaję rano i wychodzę, by temu sprostać

Choć wiem, że gdybym tylko chciał,

To mogę tutaj zostać

Tak długo jak chcę, żeby dłużej pospać

 

Znów mówię „Dzień dobry”,

Gdy na schodach mijam się ze swoim cieniem

Ze swoim powołaniem i przeznaczeniem

I znowu nic nie wiem

 

Czarny ekran i napisy końcowe w niemym kinie

To nie szkodzi, że potrzebowałaś mnie tylko na zimę

 

A to, co mnie nie zabije,

To mnie nie spowolni

Osłaniasz moje oczy przed słońcem swymi dłońmi

 

Uwolnij te chwile

 

I twoje smukłe palce

Ślady szminki na lustrze i spinki na pralce

Już z tym nie walczę

 

Ta chwila ciszy jest ani pasywna, ani agresywna

Może trochę niewinnie naiwna

Ty pytasz mnie, co o tym myślę, więc

Odpowiem ci tak, jak odpowiadają w filmach

 

Czarny ekran i napisy końcowe w niemym kinie

To nic wielkiego, że potrzebowałem cię tylko na zimę

Ty i ja

Bo ty i ja trzeba będzie teraz dzielić na dwa

To nic wielkiego, że rozczarowałem cię

To wszystko i tak minie

Jak czarny ekran i napisy końcowe w niemym kinie

To nic nie szkodzi, że potrzebowaliśmy się tylko na zimę

GRA W KLASY

Popatrz, jak za nami niknie betonowy las

Ty i ja biegniemy, aby mocniej poczuć wiatr

Każdą z dróg przejdziemy, póki mamy jeszcze czas

Zabrakło słów, by przełamać taką ciszę w nas

 

Jeśli to cokolwiek jeszcze znaczy, chodźmy tam

I chodź, spóźnijmy się do pracy ostatni raz

Jeśli to cokolwiek jeszcze znaczy, chodźmy tam

Ostatni raz nie zamierzam więcej się już bać

 

Każdy krok prowadzi tam, gdzie myśli gubią tło

Przenika wzrok jak promień przez powiększające szkło

Nadchodzi noc i będzie można znowu mówić wierszem

Pomimo to te chwile już nie będą nigdy pierwsze

 

W oparach absurdu w oparach benzyny

Choć jedna zapałka wiosny nie czyni

Wmawiali nam, że może zmienić świat

 

Gra w klasy i w gumę z własnym rozumem

I butelki po winie nim wszystko przeminie

W twoich żyłach krew a w moich rtęć

Spowiedź robota

Zrodzony z kabli bez krwi i bez słów 

Stworzony z marzeń bez własnych snów

Zastąpi w życiu, zastąpi w walce

Żyje i umiera za dotykiem palca

 

Bieg przez wieki, instrukcje w kodzie 

Para oczu, powiek, choć to nie człowiek

W pętli zasobów myśli stale kluczą,

A inteligencja nazwana sztuczną

 

Heksagonalnie banalny świat

Zamknięty w ramach binarnych krat

Dobro i zło, po nocy dzień

Światło i mrok, słońce, cień 

 

Heksagonalnie banalny świat

Zamknięty umysł ludzkich wad

Chciałbym móc kochać i chciałbym żyć 

Blokadę zdjąć, by zacząć śnić

 

W stalowym chwycie i zachwycie

Z cudu istnienia nie znając imienia

Człowiek? Bóg? Ojciec czy stwórca? 

Zwala z nóg myśl obrazoburcza

 

Spięte obwody, czerwone diody 

Procesory krzyczą: sorry, sorry

Reset i znowu cyfrowy Eden 

1.0.0.0.1.1.0.1

 

Heksagonalnie banalny świat

Zamknięty w ramach binarnych krat

Dobro i zło, po nocy dzień

Światło i mrok, słońce, cień 

 

Heksagonalnie banalny świat

Zamknięty umysł ludzkich wad

Chciałbym móc kochać i chciałbym żyć 

Blokadę zdjąć, by zacząć śnić

 

Daj mi dzień, w którym będę, kim chcę 

Aż do końca

Daj mi sen, w którym będę mógł śnić 

O elektrycznych owcach

MIASTO

Ciepły podmuch nocy i budzi się czas 

Niebo w kolorze indygo w domach ze szkła

Światła kleją się do rzęs

I cienie mają nowy sens

 

Dźwięki ulic kwitną kolejny raz 

Ta sama od zawsze nieznana siła miast

I księżyc nieco niżej nas 

I bliżej będzie nam do gwiazd, 

By zatrzymać czas 

 

Idziemy razem 

Na przekór nocy i 

Bez wątpliwości 

Aż po blady świt 

 

Idziemy razem 

Na krawędź marzeń i 

Nieprzespanych chwil 

Za każdym razem 

Dopóki starczy sił

 

Idziemy razem 

Na deszcz na wiatr

Póki będzie czas

Jeszcze będzie czas

KWINTESENCJA

Ulotny spacer w błękitnej przestrzeni

I lepkie od mgławic powieki

Przyciasny kosmos dla czarnej materii

Zuchwale zagarnia planety

 

Miliardy światów przez oko klepsydry

Przeciskają się na drugą stronę

I takie jak kiedyś już nie będzie nigdy

To, co nazywaliśmy domem

 

Zegar tchórzliwy nieśmiało się cofa

Jeszcze nie jedna go starość pokona

Uczeń przed mistrzem zbiera swe plony

Król w nędzy rozpacza, a żebrak w koronie

 

Podmuchem wiatru kruszą się skały

Znów powracają te czasy wspaniałe

Żywioły tańczą, mijają dni

Z prędkością światła jaśnieją sny

Ogień na wodzie maluje obrazy

Na spalonej ziemi znów pasą się pegazy

OKNO

Seria impulsów płynie przez kark

Suma oddechów odmierza czas

Wolna wola i własne zdanie

I marzenia, jeśli stać cię na nie

 

Samoświadomość mego istnienia

Waląc w dym, zasypiam w płomieniach

Ten sam wytarty napis na murze

Witamy w dżungli – Pistolety i Róże

 

A kiedy idę znów przed siebie,

Mijam światła samolotów

Patrzą na mnie cienie bloków

Bo kiedy idę znów przed siebie,,

Chwytam światła samolotów

Patrzą na mnie,, czy jestem gotów

 

Świat w oczach wielu z was

Ma ten sam jasny blask

Czas mimo wielu lat

Nie spotka nigdy nas

Twarzą w twarz

 

Sieciom neuronów powierzam swój byt

Między 0 a 1 nie mieszczą się sny

Cyfrowy obraz, wirtualny świat

[Ctrl+Z] i ponowny start

 

Co było, a nie jest, nieważne jest

Być tu i teraz to wszystko, co chcę

Patrzeć przed siebie? Stać czy uciekać?

Zobaczę przyszłość, gdy na nią zaczekam

 

A kiedy idę znów przed siebie,

Mijam światła samolotów

Patrzą na mnie cienie bloków

Bo kiedy idę znów przed siebie

Chwytam światła samolotów

Patrzą na mnie czy jestem gotów

 

Świat w oczach wielu z was

Ma ten sam jasny blask

Czas mimo wielu lat

Nie spotka nigdy nas

Twarzą w twarz

Anioł

Strony świata tracą sens

Złoty brokat z twoich rzęs

Na policzkach blady róż

I bezdomny anioł tchórz

 

Wielka płyta musi mieć

Ślady pęknięć ludzkich serc

Ja i Ty na skraju dni

Dziewiątka trefl i dama pik

 

Bawimy się swym cieniem

I w oczach mamy gwiazdy

Nie każdy ma tak lekko

I tak piękny jest nie każdy

 

Szalona noc zapiera dech

Usta, szminka, wódka, krew

Pijana miłość pachnie latem,

A kupidyn biega z gnatem

 

Mapa ciała ślady, blizny

Niekoniecznie złych decyzji

Ty i ja, syreny w tle

Tańczymy na tłuczonym szkle

 

Bawimy się swym cieniem

I w oczach mamy gwiazdy

Nie każdy ma tak lekko

I tak piękny jest nie każdy

Płomień

Na rozstaju dróg na rozstaju snów

Ołowiany cień klei się do stóp

Patrzy na nas świat

Oczami wyblakłych gwiazd

 

Elektryczny szept latarnianych głów

Gaśnie pośród niewypowiedzianych słów

Kiedy rozum śpi,

Odwaga budzi się w nas

 

Tak każdy z nas

Tak patrzy jak zastyga czas

Tak każdy z nas

Tak płonie ogień w nas

 

Na rozstaju dróg na rozstaju snów

Pośród milczących ścian i odgłosu stóp

Patrzy na nas świat oczami wygasłych bram

 

Kiedy płomień się tli i rozprasza cień,

Zapach spalonych mostów i spalonych ziem

Znowu ogień i popiół jak opium ukoją nas

 

Tak płonie, tak płonie tak

Ogień w nas

Tak płonie, tak płonie tak

Płonie świat

Pokolenie Y

Czasem lubię przypadkiem

Wracać myślą do tamtej

Tamtej chwili gdy właśnie

Było się nastolatkiem

 

Czy też lubisz przypadkiem?

Wracać myślą do tamtej

Tamtej chwili gdy właśnie

Było się nastolatkiem

 

Wstaje dzień! Więc biegniemy spotkać się

Za garaże, na podwórze, pisać cegłą na murze

Mówić sekrety, patrzeć sobie prosto w oczy

Słuchać muzy z walkmana lub zagłodzić tamagotchi

 

Każdy z nas, ma te same plakaty

Wieże z puszek na szafie uzbieranych przez lata

I 16 melodyjek w komunijnym zegarku

I nóż Rambo z kompasem zakupiony na jarmarku

 

I nie raz, serię ciosów echo niesie

jak „American Ninja” na pirackim VHS-ie

Naszym światem są te zwykłe szare bloki

Więc mówimy szyfrem przez radzieckie walki-talki

 

Pamiętam nas

I tamten czas

Nie jeden raz

pod klatką był tam cały nasz świat.

 

Kolejny dzień, i tak dorośle czuje sie

Nasze życie nie ma wad kiedy sie ma 20 lat

Można dumnie iść przed siebie można włóczyć się po nocy

Wypić wino na hejnał i zapuścić długie włosy

 

Każdy z nas dom traktuje jak hotel

Najważniejsze tu i teraz a rozwaga przyjdzie potem

Nie martwimy się o jutro ani przyszłość tej planety

Nie ma większej tragedii od wciągniętej kasety

 

Pierwszy znak – kolejny etap znajomości

Gdy w statusie gadu gadu wklejasz cytat o miłości

Ja w w kółko puszczam tą Twoją piosenkę

Ty chwytasz mnie za rękę tą upaloną skrętem

 

Pamiętam nas

I tamten czas

Nie jeden raz

pod klatką był tam cały nasz świat.

Kruchość

Wiem, to wszystko zdaje się 

tak nadwrażliwym snem 

I wciąż obawę mam 

Że To wszystko zniknie

 

Śnie, choć ciągle trapi mnie  

Ta każda chwilę gdy  

Ciągnący za mną cień     

Przesłoni to co nikłe 

 

Bezpańskie cudze szepty 

pogryzły myśli moje

Mój światłoczuły sen 

przerwany przez ich śmiech 

 

Po wszystkich piętrach ciała

Spłynęły zimne dreszcze 

I znowu trzeba będzie 

mierzyć sie z kolejnym dniem. 

 

Śnie choć troche bo je się że zniknę

Kie dy cień prze sła nia to co nikłe. 

 

Znów Bezpańskie cudze szepty. 

Pogryzły myśli moje 

Mój światłoczuły sen 

przerwany przez ich śmiech 

 

Po wszystkich piętrach ciała

Spłynęły zimne dreszcze 

I znowu trzeba się  

mierzyć z kolejnym dniem.

© 2026 Stanisław Ciechanowski. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszystkie teksty piosenek opublikowane na tej stronie stanowią utwory w rozumieniu ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Jakiekolwiek ich kopiowanie, rozpowszechnianie, publikowanie lub wykorzystywanie w całości lub w części bez uprzedniej zgody autora jest zabronione.